Javier Bardem wchodzi do domu. I nic już nie jest takie samo
„Przylądek strachu” jest męczący, ale nie mogę się od niego oderwać. Powód? Javier Bardem!
„Przylądek strachu” jest męczący, ale nie mogę się od niego oderwać. Powód? Javier Bardem!
Steven Spielberg wraca do nieba, które sam kiedyś wypełnił cudami. "Dzień objawienia" ma rozmach, świetne momenty i kilka scen nakręconych ręką mistrza, ale im bardziej zbliża się do wielkiej tajemnicy, tym częściej ucieka w bezpieczny thriller. Jak wyszło?
Przez prawie cztery dekady Hollywood traktowało He-Mana jak kłopotliwego krewnego, o którym lepiej nie mówić przy stole. Travis Knight właśnie udowodnił, że to był błąd.
Ktoś wreszcie zrozumiał, że superbohater nie musi za każdym razem ratować świata w blasku fleszy. Czasem wystarczy deszczowa ulica, papierosowy cień, stary płaszcz, zepsute miasto i Nicolas Cage. Taki właśnie jest "Spider-Noir", jedno z największych zaskoczeń tego roku.
"The Boys" przez lata było serialem, który pluł nam w twarz, a jeszcze nam się to podobało. Bezczelny, krwawy, wulgarny i celnie okrutny - przez trzy sezony wydawał się jedną z najostrzejszych satyr współczesnej popkultury. Ale ten sam serial, który rozsadzał gatunek od środka, sam zamienił się w coś, z czego dawniej bezlitośnie szydził.
Przeklęta wyspa, rozkoszny chaos gatunkowy i Matthew Rhys w szczytowej formie. Magicy z Apple TV znów stworzyli serial doskonały, na który nikt inny nie wpadł.
Ted Lasso powraca, tym razem, by poprowadzić kobiecą drużynę AFC Richmond. Ale czy ktoś w ogóle tego potrzebuje?
Siedzimy już pięć lat z obietnicą "James Bond powróci" i nic. Nie wraca. Żadnego aktora, żadnej daty, żadnego zwiastuna. Tylko korporacyjne komunikaty prasowe i cierpliwe kiwanie głową ludzi z Amazonu. W tym czasie zdążyliśmy przeżyć pandemię, kilka wojen, trzy sezony "Białego Lotosu" i co najmniej dwa przełomy w sztucznej inteligencji. Bond tymczasem wciąż poprawia mankiety smokingu i czeka na sygnał od Q.
Telewizja nauczyła nas, że seriale z tajemnicą w centrum prędzej czy później zawodzą. "Zagubieni" złamali nam serce, "Westworld" doprowadził do rozpaczy, a na cmentarzu dobrych intencji trup ściele się gęsto. Dlaczego ze "Stamtąd" będzie inaczej?
Jeszcze niedawno mówiło się, że sztuczna inteligencja w Hollywood będzie głównie niewidzialnym narzędziem: trochę odmłodzi twarz, trochę poprawi głos, trochę zasypie produkcyjne braki. Tymczasem sprawa Vala Kilmera pokazuje, że weszliśmy już w etap dużo bardziej niepokojący. To nie jest już efekt specjalny, a nowy rodzaj obecności.
Są powroty do wielkich światów, które pachną przygodą. I są takie, które śmierdzą pieniędzmi. Nowy film z uniwersum "Władcy Pierścieni" należy do tej drugiej kategorii, a wszyscy prawdziwi fani Śródziemia mają prawo złapać się za głowę i krzyknąć: "Dlaczego?"
Są filmy, których nie powinno się ruszać. I właśnie dlatego każda nowa plotka o "Gorączce 2" brzmi jednocześnie ekscytująco i podejrzanie. Bo jeśli Michael Mann naprawdę zbiera taką obsadę, o jakiej dziś się mówi, to nie szykuje zwykłego sequela - tylko zamach na sam szczyt kina sensacyjnego.
Alan Ritchson długo wydawał się aktorem, któremu wciąż czegoś brakuje do wielkiej kariery. Aż w końcu przyszedł "Reacher" i nagle wszystko stało się jasne. To nie był przypadek ani sezonowy zachwyt, tylko moment, w którym Hollywood wreszcie doceniło jego potencjał. A jest naprawdę spory - nie chodzi tylko o mięśnie.
Patrick Bateman wraca. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że wróci. Hollywood znów sięga po "American Psycho", Luca Guadagnino szykuje nową adaptację, a w branży krąży jedno pytanie: kto zagra głównego bohatera?
Kolejny film "Star Trek" od dekady jest w zawieszeniu, choć ta marka nigdy nie była tak żywa w serialach. Dlaczego? Czy jest jeszcze szansa na powrót ekipy Chrisa Pine'a?
Z dzieciństwa pamiętam nie fabułę, tylko to uczucie, gdy He-Man mówił: "na potęgę Posępnego Czerepu". Filmowi "Władcy Wszechświata" mają szansę mi je oddać.
"Wonder Man" wygląda jak serial z MCU tylko z nazwy - w praktyce to świetnie napisany, meta-hollywoodzki dramat o tym, jak łatwo zgubić siebie, gdy całe życie zależy od cudzej oceny. Tu najważniejsze "super" nie dzieje się w efektach, tylko w duecie Yahyi Abdul-Mateena II i Bena Kingsleya.
"Rycerz Siedmiu Królestw" już po jednym odcinku przypomina, że Westeros wciąż działa: bez fajerwerków, za to z charakterem i emocją. I właśnie dlatego wraca pytanie, które trochę boli - skoro to uniwersum jest bez dna, czemu tak rzadko do niego zaglądamy?
Sydney Sweeney jest dziś wszędzie, ale za każdym razem w dokładnie tej samej roli. Hollywood nie pyta, co potrafi zagrać - pyta tylko, ile może pokazać. Mam tego dosyć.
Rok 2026 w kinie zapowiada się jak egzamin poprawkowy dla całej branży. Po latach inflacji blockbusterów, zmęczenia franczyzami i rozpasania streamingowego wszyscy będą liczyć: pieniądze, widzów, sens istnienia sal kinowych.
Są filmy, które ogląda się z przyjemnością. Są też takie, które ogląda się z podziwem. A raz na jakiś czas trafia się film, który ogląda się z rosnącym uśmiechem i myślą: "wow, to było coś". Taka jest "Jedna bitwa po drugiej". To najlepszy film 2025 r. - i murowany faworyt do Oscarów.
Są takie seriale, które trafiają w swój moment idealnie. "Studio" jest jednym z nich. To produkcja, która nie tylko wygrywa ranking na najlepszy serial 2025 roku, ale spokojnie ustawia się półkę wyżej – jako rzecz ponadprzeciętna, dojrzała i zaskakująco uniwersalna.
Liczyłem, że "Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat" przypomni mi, dlaczego kiedyś kochałem MCU. Podczas seansu przypomniałem sobie tylko, dlaczego przestałem je kochać.
Obejrzałem "LA w garniturach" do końca pierwszego (i jedynego) sezonu. Z nadzieją. Z sentymentem. Z cierpliwością, która topniała z odcinka na odcinek. I dziś mogę powiedzieć tylko jedno: to był ten moment, gdy marka przestała nieść jakąkolwiek obietnicę jakości.
To jedna z tych decyzji, które za kilka lat będą opisywane jako punkt zwrotny. Netflix wchłania Warner Bros., a razem z nim ogromny kawał historii kina, serialu i popkultury. Tylko że tym razem nie chodzi już wyłącznie o nowe filmy - chodzi o to, kto będzie kontrolował całą opowieść.